Zaraza

 

Gdy odzyskałam przytomność, pierwsze co poczułam to ostry ból w boku. Od razu wróciły do mnie wszystkie wspomnienia. Od razu zaczęłam się martwić o Jacka. Bałam się tego, co mogło się z nim stać po wykorzystaniu mocy, jednak gdy podjęłam próbę wstania moje ciało zaprotestowało. Otworzyłam oczy. Znajdowałam się w jednym z pokojów gościnnych Bazy. Ile spałam? Ile dni mi umknęło? Słońce świeciło wysoko na niebie. Czyżby jedynie kilka godzin?

 Obok mnie dostrzegłam ruch,a  w uszach rozbrzmiało piszczenie. Odwróciłam głowę w tamtą stronę i zrozumiałam, że moim towarzyszem jest mleczuszka. Przyglądała mi się chwilę, po czym szybko wyleciała z pokoju, pewnie powiadomić Strażników.
 Leżałam niespokojnie, czekając na jakiekolwiek informacje o białowłosym. Co się z nim działo? Czy Mrok po raz kolejny go zranił? A może.... Od razu odrzuciłam od siebie te myśli. Jednak jej myśli zdominowała inna rzecz. Skoro Czarny Pan ją zranił, to czy ona również jest zarażona? Może tu ktoś wreszcie przyjść? — niecierpliwiła się w myślach. Czarny Pan chciał ją dla siebie, żywą lub martwą... "On nadal żyję..." Nie dowiedziała się co ma na myśli. Co wiedział? Było dla mnie niemożliwe uwierzyć by Zima nadal żyła...
 Moje myśli przerwało gwałtowne otwarcie drzwi, w których stanął wysoki Nicholas i Aster. Ten pierwszy miał wymalowany stres na twarzy. Było źle...
 — Cieszę się, że odzyskałaś przytomność. Baliśmy się, że cię stracimy.— Posłał mi łagodny uśmiech, a mnie zdziwiły. Dawno nie miałam kogoś bliskiego, kto przejmowałby się moim losem. Poczułam się nieswojo, jakby nie na swoim miejscu. Ale właśnie tak było.
 — Nicholasie, powiedz mi co się dzieje. Co z Jackiem? Ile czasu byłam nieprzytomna?— Mężczyzna odwrócił głos, a z jego ust wydobyło się ciężkie westchnienie, co tylko utwierdziło mnie we własnych podejrzeniach.
 — Spałaś kilka godzin...— Zaczął.— Ale Jack... po tym jak straciłaś przytomność, odgonił Mroka. Ludzie uważają, że wygraliśmy... Ale on... Zapłacił wysoką cenę...— Do głowy od razu przyszły mi najgorsze scenariusze. Jack nie żył. Czułam jak serce zaczyna mocniej bić, jakby chciało wyrwać się z mojej piersi. North zerknął na mnie, jakby chciał się upewnić, że nadal słucham.— Czerń rozprzestrzenia się. Nigdy wcześniej tego nie widzieliśmy, a Księżyc nie odpowiada na moje pytania... Jeśli tak dalej pójdzie...— Nie ulżyło mi nawet  na chwilę. Mój oddech przyśpieszył. On żył, ale ile jeszcze wytrwa? Musiałam do niego iść. Nie zważając na ból podniosłam się z posłania. Nie słuchając protestów Nicholasa, ruszyłam korytarzem do pokoju chłopaka Nie potrzebowałam pytać o drogę, bo kierował mnie jego krzyk Co się z nim działo? Kolejny krzyk, skręciłam w praw przyśpieszając kroku. Dziękowałam za to, że Mrok nie zranił mnie w żadną z nóg. Po chwili stanęłam pod jego drzwiami prowadzącymi do pokoju Jacka. Krzyk bólu mroził mi krew w żyłach i sprawił, że się zawahałam. Bałam się otworzyć drzwi. On cię potrzebuję — przypomniałam sama sobie i pchnęłam.
 Pierwsze co ujrzałam to rozwalone rzeczy po całym pomieszczeniu. Jack klęczał na jego środku, zginając się w pół z bólu. Jego ubranie było podarte, a ręce zadrapane. Co on sobie robił? Szybko do niego podbiegłam, klękając obok niego. Chłopak uniósł z trudem głowę, wbijając we mnie swoje szare oczy. Czułam jak łzy zbierają mi się w oczach. Był blady, nawet jak na niego. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, chłopak zesztywniał, a z jego ust wydobył się cichy jęk, po chwili widziałam jak splunął krwią.
 — Jack... — wyszeptałam. Musiałam coś zrobić. Zaraza go zabija. Zwróciłam się do Słońca. Proszę Matko... Ty wiesz jak mu pomóc. Nie dostałam odpowiedzi. Położyłam dłoń na jego plecach, a chłopak szybko zareagował, łapiąc mnie za nadgarstek i pchając na ziemie. Wpatrywał się we mnie, a w jego oczach widziałam gniew. Wolną ręką złapał mnie za szyję.

 — To wszystko twoja wina... — wycedził przez zęby. Poczułam ucisk. Chciał mnie udusić. Zaśmiałam się, co tylko go jeszcze bardziej zdenerwowało. Miałam zginąć z jego ręki? Nie przeszkadzało mi to. Miał rację... To była moja wina. 

  —  Śmiało. —  Zachęciłam go. Spojrzał na mnie zdezorientowany. Odskoczył ode mnie jak poparzony.

 —  Przepraszam. —  To Zaraza zaczynał coraz mocniej na niego działać. 
 —  Nie masz za co. —  odparłam, podnosząc się z zimnych kamieni.
 —  Powinnaś stąd wyjść... —  Spuścił wzrok.
 —  Pomogę ci... Pokaż mi ranę. —  poprosiłam go. Nie protestował. Z trudem ściągnął zniszczoną bluzę, pokazując mi nagi tors. Gdy odwrócił się do mnie plecami, wciągnęłam z sykiem powietrze. Całe plecy były czarne, a gdy podeszłam i zajrzałam pod opatrunek, potwierdziłam swoje obawy. Rana się nie goiła. Czy było coś co mogłam dla niego zrobić? " Możesz". Usłyszałam głos Słońca. "Możesz to wchłonąć.". Na te słowa, przełknęłam głośno ślinę. Jeśli to był jedyny sposób na uratowanie go, byłam na to gotowa. 

 —  Połóż się. 

 —  Co chcesz zrobić? —  zapytał podejrzliwie. Nie chciałam go martwić, a czułam, że by się na to nie zgodził.
 —  Zaufaj mi. —  Poprosiłam, a chłopak zrobił jak kazałam. Leżał na brzuchu, zwrócony do mnie plecami. Usiadłam tuż obok, kładąc dłonie na jego rozżarzonej skórze. Przymknęłam oczy, skupiając się na tym co miałam zrobić. Czułam Zarazę. Powolnie zabijała swojego nosiciela, a wszystko to przez decyzję Księżyca...

 Wypuściłam część swojej mocy, tak aby Zaraza zaczęła się nią karmić. Zapraszałam ją na ucztę, a ona nie walczyła. Musiałam jedynie uważać, żeby żadna cząsteczka mi nie umknęła. Wtedy wszystko poszłoby na marne. Trwaliśmy tak, bez ruchu przez długi czas, aż byłam pewna, że całość znajduję się we mnie. Gdy skończyłam, wypuściłam powietrze i z ulgą stwierdziłam, że plecy chłopaka wróciły do normalnej barwy, a rana zagoiła się w mgnieniu oka. Oddech chłopaka stał się równomierny. Nic już mu nie zagrażało. Czułam się zadowolona, a na usta wkradł mi się uśmiech.
 Chłopak szybko uniósł się do pozycji siedzącej i zlustrował mnie wzrokiem. Na początku byłam pewna, że nie ma śladu mojego czynu, jednak się myliłam. Jack złapał mnie za dłonie, unosząc je na wysokość moich piersi.
 — Co zrobiłaś? — zapytał wściekły. Spojrzałam na nie. Były całe czarne, tak jak wcześniej plecy Jacka, ale ta czerń w moim przypadku znikała. Nie mogłam się w żaden sposób wytłumaczyć. Musiałam powiedzieć mu prawdę. Wzięłam swoje dłonie.
  — Wchłonęłam Zarazę... 
 —  Ty co?! 

 —  Umierałeś. To był jedyny sposób żeby cię uratować! —  próbowałam się wytłumaczyć, mimowolnie podnosząc głos.
 —  A kto teraz uratuje ciebie? — zapytał, wciąż wbijając we mnie, teraz już błękitne, oczy. Westchnęłam.

 —  Mnie nie grozi śmierć. —  Widząc jego pytające spojrzenie, kontynuowałam. — Kilkaset lat temu, Księżyc sprawił, że Zaraza zabija Strażników. Zrobił to po to, aby już nikt nie został opanowany przez Mroka.

 — A kto został przez niego opanowany?

 —  Zima. Zanim powstali Strażnicy Marzeń, istnieli Strażnicy Natury. Było ich czterech... W starciu z Mrokiem, Zima został zraniony, a po czasie jego umysł został przejęty przez Czarnego Pana. Jedynym ratunkiem była śmierć. 
 — Nie masz pewności... Jestem pewny, że Księżyc...
 — Nie mógł nic zrobić.   — Przerwałam mu, zaciskając pięści ze złości. Dlaczego oni tak bardzo w niego wierzyli? Nie zasługiwał na to.

 — Nie masz pewności.  — Upierał się Jack.

 — Szukałam ponad sto lat cokolwiek, co mogłoby go uleczyć, ale nawet sam Mrok nie był w stanie tego zrobić. Nie znalazłam nic, a gdy doszło do walki...  — Czułam pieczenie w oczach, gdy wracały wspomnienia. Błękitne oczy, wlepione we mnie, a w nich ogromny smutek...

 — Zabiłaś go.— Dokończył za mnie, a ja potrafiłam jedynie skinąć głową. — Kochałaś go?   — dodał szeptem.
 — Tak...— Zaczęłam.— Gdy pierwszy raz go spotkałam, znienawidziłam go... Był Strażnikiem mojego ojca, do którego czułam jedynie wstręt i nienawiść. Miałam wtedy zaledwie sto piętnaście lat, wspomnienia z mojego życia były świeże... Zima nalegał bym wybaczyła ojcu i dał mi słowo, że póki tego nie zrobię, nie odejdzie ode mnie nawet na krok.— Czułam, że się lekko uśmiecham.— Dotrzymał obietnicy. Ale nie było mi dane długo cieszyć się tą miłością. Mrok mi go odebrał, a Księżyc nie kiwnął palcem dla swojego Strażnika.
 — Przykro mi... — Unikał mojego wzroku. Czy to co powiedziałam go zasmuciło? Nie potrafiłam sobie odpowiedzieć.
 — Gdybym wtedy wiedziała, że mogę  to wchłonąć... 

 — Zginęłabyś.
  —  Mówiłam ci, że mnie śmierć nie grozi. Jemu także nie groziła. Żył z Zarazą sto lat. Księżyc, aby zapobiec powtórzenia się takiej sytuacji, sprawił, że jest ona dla was śmiertelna.—  Wyjaśniłam. —  Są duże szanse, że moje ciało ją zniszczy.— dodałam, żeby go pocieszyć i udało mi się. Chłopak odetchnął z ulgą, a ja miałam jedynie nadzieję, że naprawdę tak jest. Bo co się stanie, jeśli Zaraza by we mnie została? Nie znałam odpowiedzi na te pytanie. Nikt nie znał.
 —  Lepiej się prześpij. Potrzebujesz tego.—  powiedziałam, wstając z łóżka, jednak od razu zakręciło mi się w głowie, a pokój Jacka zawirował. Co do... 



Buziaki!

Marethyux ❄