Winna?

Pierwszy raz, od setek lat, nie byłam pewna co powinnam zrobić. Przecież wiesz! — skarciłam się w myślach.  Owszem... Wiedziałam, że oddanie się w ręce Czarnego Pana nie wchodziło w grę. To skończyłoby się źle dla każdego... Jednak myśl śmierci Jacka, z mojej winy, ściskała mi żołądek. 
Dlaczego? 
 Niebieskie oczy chłopaka wpatrywały się we mnie z rezygnacją. Czyżby pogodził się ze swoją śmiercią? Czy znał mój wybór?
 — Nie rób tego. — wyszeptał ze smutnym uśmiechem na twarzy. Ale ja miałam ochotę się za niego oddać.
 Dlaczego?
 Widziałam, jak Mrok wolną ręką chwyta czarny sztylet. Widziałam jego cienkie usta wykrzywione w przerażającym uśmiechu. Zaczęłam zastanawiać się, czy mogę stoczyć walkę z tym draniem... Ale już był gotowy mnie zabić. Nie potrzebował mnie żywej... Co powinnam zrobić? 
 — Nie mam całego dnia. — rzekł spokojnie Czarny Pan. Zdecydowałam.
 — Ja... — Nie pozwolę mu zginąć. Dlaczego?— Ja...— No dalej! Ale zanim zdążyłam dokończyć, Jack uderzył wolną ręką w brzuch wroga, którego oczy zabłysły wściekłością.
 — Ty mały... — Jednak zamiast dokończyć, wbił atramentowe ostrze w plecy chłopaka. 
 — Nie! — Krzyknęłam, czując łzy w gardle. Błękitne oczy nie przestawały na mnie patrzeć. Widziałam na jego twarzy grymas bólu, który szybko znikł, dając miejsca uśmiechu... Jak on mógł uśmiechać się w takiej chwili?!
 Rzuciłam się do ataku, jednak Mrok rozpłynął się w powietrzu, zanim zdążyłam go złapać. Przeklęłam pod nosem i podeszłam do jasnowłosego, który leżał na zimnej ziemi. Uklęknęłam obok z nadzieją, że chłopak nada żyję.
 Delikatnie podniosłam jego głowę, z zamiarem położenia jej na swoich kolanach. 
 — Jack...? — nie odpowiedział. Jego blade powieki były zamknięte. — Proszę... — Powiedziałam patrząc na jasny Księżyc. 
 — Spokojnie... Nie dałbym się tak łatwo. — Jego głos był słaby, ale nadal się uśmiechał.
 — Przepraszam. — Gorąca łza spłynęła po moim policzku, spadając na granatową bluzę chłopaka. Nie wiedziałam co innego powinnam mu powiedzieć. To była moja wina. Mogłam przynajmniej spróbować go uratować...
 — Nie masz za co. To była moja wina, powinienem więcej myśleć przed atakiem. — zachichotał cicho. Nie mogłam zrozumieć takiego zachowania. Powinien być na mnie wściekły, tak samo jak ja byłam na siebie.
 — Trzeba cię zabrać do Bazy. — Stwierdziłam, podnosząc go najdelikatniej jak potrafiłam. — Wietrze. — Na moje zawołanie, przyjaciel, uniósł nas oboje i kierując w stronę Bieguna Północnego. 
 To twoja wina — Słyszałam nieustannie głos, który miał rację. 
 Jack stracił przytomność po kilku minutach. Miałam nadzieję, że dzięki temu nie będzie czuł bólu. Czułam się źle. Nie wiedziałam co powinnam myśleć. Jack ucierpiał przez moje wahanie, ale czy miałam inny wybór? Nie znałam planów mojego wroga. Nie wiedziałam do czego mnie potrzebuje. Nie mogło mu tylko chodzić o bycie po jego stronie... Czułam, że sam był w stanie pokonać naszą szóstkę... Byłam także pewna, że Słońce wiedziała o co mu chodzi. Gdyby tylko mi to wyjaśniła...
 Zanim zdążyłam odezwać się do swojej matki, ujrzałam zarys bazy Northa. Szybko przyśpieszyłam lot, aby być tam jak najszybciej. Po chwili już znajdowałam się przed wielką dębową bramą, która stanęła otworem. 
 Stanęłam na swoje nogi i z zarzuciłam rękę chłopaka na ramiona. Szłam długim korytarzem, aż nie znalazłam się w wielkiej sali, gdzie znajdował się wielki glob. Na środku stał Nicholas.
 — Jack! — Krzyknęła Ząbek, która pierwsza nas dostrzegła. 
 — Coś ty mu zrobiła?!— Zając już trzymał w ręku bumerang, gotowy do ataku. Rozejrzałam się, aby ustalić pozycje Piaska, ale nigdzie go nie było.
 — Jest ranny. Mrok go zaatakował. Trzeba go opatrzyć. — wytłumaczyłam, oddając chłopaka w ręce wróżki. Kobieta skinęła głową i razem z swoimi pomocnikami ruszyła ciemnym korytarzem. Mogłam jedynie odprowadzić ich wzrokiem, aż nie zniknęli mi z oczu.
 — Wyjdzie z tego. — Usłyszałam głos Northa. Martwił się o niego mocniej niż ja, mimo to powstrzymał się od wpadania w panikę. — Powiesz mi co się wydarzyło? 
 — To moja wina. — Odparłam krótko. Jednak Mikołaj nadal na mnie patrzył wyczekując odpowiedzi. — Mrok... Wysłał Koszmar, aby nas do niego zaprowadził... — Jednym tchem opowiedziałam mężczyźnie całe wydarzenie, jak również i powód dla którego nie uratowałam Jacka.
 — Nie obwiniaj się. Każdy z nas postąpił by tak samo. 
 — Ale Jack...
 — Jack jest jeszcze młody. Ale przecież cię nie obwinił. — Usta Northa rozszerzyły się w serdecznym uśmiechu. Nie odpowiedziałam. Dlaczego w ogóle uważałam, że postąpiłam źle? Bo mógł umrzeć — odpowiedziałam sobie w myślach. Jednak wtedy nie rozumiałam jaki był powód tego strachu, przed jego śmiercią. — Lux... Chciałbym zrozumieć kim jesteś. 
 — Już wam mówiłam kim. Córką Słońca. Nicholasie, przecież znasz opowieść Złota i Srebra... — Mężczyzna kiwnął głową. Dawno temu historia mojej rodziny była znana przez wszystkie cywilizację. Miało być przestrogą dla tych, którzy chcą obalić głowy państwa.
 — Nadal pozostaje kwestia Strażniczki. — rzekł, z nutką nadzieją w głosie. Westchnęłam głęboko i odpowiedziałam. 
 — Nie. Jak już mówiłam, Księżyc nie ma prawa mnie wybierać. To nie on mnie stworzył. 
 — Mimo to, jesteś jego córką.
 — Tak. Córką, której pozwolił zginąć! — Uniosłam głos wbrew woli. Nicholas nic więcej nie powiedział, zapewne dlatego, że nie wiedział co mógłby powiedzieć. Miałam prawo nienawidzić mojego ojca, za to, co spotkało mnie i mamę. Zgodziłam się z Słońcem, że powinnam pomóc im w tej walce, tak jak oni mnie, ale nie zamierzałam się z nimi wiązać. To nie było dla mnie.
 — Może kiedyś zmienisz zdanie. — Mówił spokojnie, a uśmiech nie zniknął z jego twarzy. — Teraz musimy dowiedzieć się, co planuje Mrok. — W tej samej chwili do sali wrócił Zając. Serce podskoczyło mnie mi do gardła, gdy czekałam na jego słowa.
 — Jack odzyskał przytomność, ale jego rana...

Pozdrowienia

Marethyux ❄