Wybór

Od pokonania Księcia Koszmarów minęło około dziesięć lat. Na świecie panował pokój i radość. Coraz więcej osób wierzyło w istnienie Strażników. Na dodatek to już nie tylko same dzieci. Pełno nastolatków i coraz więcej dorosłych. Mogłoby się to wydawać niemożliwe, jednak bardzo wiele dzieci było świadkiem tego co się stało. Od wtedy ta piątka nie kryła się tak, jak dawniej. A o samym Czarnym Panie zaginął słuch. Oczywiście gdzieś się ukrywał. Strach nigdy nie zniknie z świata i tak, jak starczyło jedno dziecko, by uratować Strażników, tak samo starczy jedno serce, w którym tli się strach, by Mrok przetrwał. Jednak nie przejęłam się tym. Wiedziałam, że sam się w końcu pokaże. Taki już miał charakter. Chciał zwrócić uwagę całego świata na swojej osobie.  Przez dziesięć lat nie miałam czym się przejmować, nikogo do pilnowania, aż do tamtego dnia.
 Był to środek wiosny, a ja przelatywałam nad Polską. Jeśli pamięć mnie nie myli były to Mazury. Przepiękne miejsce, które odwiedzałam bardzo często. Słońce świeciło jasno na niebie, towarzysząc mi w moim locie, ogrzewając me plecy swym ciepłem. Uwielbiałam latać w jej promieniach i podziwiać piękno natury.
 Zatrzymałam się nad gęstym lasem, obok którego znajdowało się szmaragdowe jeziorko. Wylądowałam między drzewami, a w oddali słychać było harmonijny śpiew ptaszków, w uszach szumiał mi wiatr, który szarpał moimi długimi blond włosami,jakby chciał zachęcić mnie do zabawy. Zaśmiałam się.
 – Nie teraz, Wietrze. Teraz odpoczywamy. – Powiedziałam cicho i już miałam usiąść na zielonej trawie, gdy usłyszałam kroki. Nieliczne promyki słońca, które przedostawały się przez zasłonę liści, zdawały się przygasać. Melodia ptaków znikła, a wiatr się zatrzymał. Las ucichł. Marszcząc brwi chwyciłam za białą, chłodną rękojeść miecza, przypiętego do mojego boku. Zaczęłam się rozglądać, wyczekując.
 Z cienia wyłoniła się postać mężczyzny o prostych, czarnych jak smoła włosach, które wyglądały jakby były mokre. Szara skóra kontrastowała z długo, prostą szatą, wyglądającą jak czarny dym otaczający jego ciało. Ciemnoszare oczy z piwnymi akcentami, wpatrywały się we mnie beznamiętnie. – Witaj, siostro. – powiedział spokojnym głosem, jakby szeptem z twoich najgorszych koszmarów.
– Mrok. – mój głoś był bezbarwny. Rozluźniłam mięśnie, ale dłoń nadal trzymałam na broni.
– Nie wydajesz się być zaskoczona. – Nie byłam. Wiedziałam, że w końcu przyjdzie. – Nie ważne. Przyszedłem złożyć ci propozycje. Rzekłbym nawet, że nie do odrzucenia. – Na jego twarzy pojawił się przerażający uśmiech. Wiedziałam czego chciał. Już to słyszałam. Ale tym razem coś się w nim zmieniło. Czułam to. W jego dłoni zatańczył piach, formując długą kose. Zacisnęłam ponownie dłoń na białej rękojeści, gotowa do odparowania ataku.
 – Już to przerabia... – Nie zdążyłam skończyć, bo Mrok wziął szybki zamach i z całych sił wymierzył cios w moją stronę. Zdążyłam się obronić, jednak siła uderzenia odepchnęła mnie. Wylądowałam na trzonie drzewa. Zderzenie odebrało mi dech w piersiach. Poczułam krew w ustach.  Stał się silny. Nie dam mu rady - przeszło mi przez myśl.
 W mgnieniu oka zlikwidował dzielącą nas odległość. Chciałam wstać i stawić mu ponownie czoła, lecz ciało odmówiło mi posłuszeństwa, więc jedynie oparłam się o swój biały miecz lśniący w słonecznym blasku i starałam się ustać na nogach.
 – Moja droga... – Zaczął. Poczułam zimny dotyk. Było to ostrze czarnej, jak nocy kosy, które zostało przyłożone do mojej szyi. – Przyłącz się do mnie. Nikt nas nie powstrzyma i oboje osiągniemy swój cel. – Zacisnęłam szczękę. Nie poddam się jego pokusom. Mrokowi nie można ufać. Spojrzałam na niego lodowatym spojrzeniem.
 – Prędzej zginę. – Wycedziłam.
 – To akurat mogę załatwić. – stwierdził pokazując swoje ostre zęby w triumfalnym uśmiechu. – Pozdrów ode mnie Słońce.  
 Jednak kiedy ostrze miało przeciąć moją skórę, jasny rozbłysk światła zmusił mnie do zamknięcia oczu. Gdy je otworzyłam Czarnego Pana już nie było. 
 – Dziękuje... – powiedziałam cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. Czułam się wycieńczona. Nie byłam przygotowana na taką moc w jego ataku. Skarciłam się w myślach za zlekceważenie przeciwnika. Przecież to podstawowy błąd. Mogłam przez niego zginąć. 
 Nie czułam się na siłach, by stamtąd odejść. Mrok mógł wrócić, ale ja nie miałam gdzie się ukryć, ani sojuszników, do których mogłabym pójść. Byłam typem samotnika, pewna tego, że ze wszystkim poradzę sobie sama.
 Zakręciło mi się w głowie, więc usiadłam pod drzewem. Światło w lesie wróciło do normalnego stanu, ptaki znowu śpiewały, ale Wiatr znikł. Nie miałam czasu się tym przejąć. Silny ból głowy sprawił, że skuliłam się na ziemi, a potem ogarnęła mnie ciemność.
                                    ~ * ~ 

 Święty mikołaj krążył po sali Sfery Snów. Był zdenerwowany. W końcu to, co widział nie było naturalnym zjawiskiem. Przez setki lat swojego życia nigdy nie widział czegoś podobnego. Wezwał czwórkę Strażników, by im to opowiedzieć. Może nawet pan Księżyc będzie miał coś do powiedzenia w tej sprawie. 

 Wielkie drzwi stanęły otworem, a w nich zobaczył jak przyjaciele się zbliżają. Wróżka i Piasek cicho dyskutowali, a za nimi szedł Zając. Znowu niezadowolony. Czy on nigdy się nie zmienia? – pomyślał siwobrody. Jack Mróz szedł tuż obok niego, po drodze zamrażając kilka elfów w czerwonych czapkach.
 – Witajcie! Cieszę się, że już dotarliście. – odezwał się swoim grubym głosem. 
 – Jakbyśmy jeszcze mieli wyjście... – mruknął pod nosem Aster.
 – Powiedz nam co się stało. – Ząbek spojrzała na niego, a w jej lawendowych oczach można było zobaczyć zmartwienie. Skinął głową. Poczekał, aż wszyscy znajdą się blisko niego i zaczął opowiadać 
 – Siedziałem w swojej pracowni, wymyślając nowe zabawki. W między czasie jadłem swoje ulubione czekoladowe ciasteczka, kiedy nagle... – zrobił chwilę, by zbudować napięcie. – Zaślepiający rozbłysk słońca oblał... Wszystko! – skończył gestykulując rękoma, by dać do zrozumienia towarzyszom jak bardzo to było niepokojące.
 – Słońce. Nord ja nie mam na to czasu. – Zając tracił już cierpliwość.           
 – Ty nigdy nie masz czasu. Mówię wam, to nie było nic naturalnego. Czuję to. Całym brzuchem!– skończył łapiąc się za wspomniany wielki brzuch. Zając wzniósł oczy ku niebu, wzdychając. Wróżka wyglądała na zamyśloną. Jakby chciała sobie coś przypomnieć. Jack stał na uboczu jedynie słuchając ich dyskusji. 
 – Też to widziałem. – powiedział w końcu cicho. Jednak nikt go nie usłyszał. Poirytowany miał już dać o sobie znać głośniej, gdy zobaczył jasny snop światła wchodzący przez duże okrągłe okno.
 – Księżyc. – Tym razem odezwał się głośniej. Każdy go usłyszał.
 – Czekaliśmy na ciebie. – zaczął North, odwracając się w stronę białej tarczy. – Powiedz nam czy coś się święci. – W odpowiedzi na kamiennej posadzce pojawił się cień. Ten sam, który ujrzeli dziesięć lat wcześniej. – Czarny Pan...– wyszeptał. – Co mamy robić?
 Księżycowy blask posunął się dalej, aż dotarł do złotego kręgu. Z ziemi wysunął się kryształ, mieniący się na wszystkie kolory. 
 – O jej. Wybierze nowego Strażnika! Ciekawe kto to będzie. – Klasnęła dłońmi podekscytowana Ząbek.
 – Znowu? Przecież nie potrzebujemy pomocy przeciwko Mrokowi. Już sobie z nim poradziliśmy. – zamarudził Zając.
 Wszyscy zamarli patrząc jak magiczny pył powoli kształtuje się. 

 – Tylko nie Świstak, tylko nie Świstak. – szeptał Aster, zamykając oczy.
 Pył znieruchomiał, a postać, którą przedstawił zaskoczyła każdego. Długowłosa dziewczyna, o delikatnych rysach twarzy z poważną miną. Ubrana w lekko zbroje. Na piersi widniał rysunek słońca, a u jej boku zwisał jasny miecz, który na rękojeści miał identyczny wzór.

 – Kto to jest? – zapytał Jack, lecz nie dostał odpowiedzi. Mikołaj gładził swoją długą brodę.

 – Nie wiem. – odpowiedział po czasie. – Nie znam tej nieśmiertelnej. Może to ktoś nowy? A może śmiertelniczka? 
 – Śmiertelniczka? A po co nam niby jakaś śmiertelniczka. – oburzył się Aster.
 – Trzeba ją znaleźć. – stwierdziła Ząbek. W odpowiedzi Piasek pokazał nad głową Samolot, świat i pytajnik. – Nie. Musimy poszukać wszyscy. 
 Jack przestał ich słuchać. Wpatrywał się w obraz nieznanej dziewczyny. Wyglądała jakby miała jego wiek, a przynajmniej wiek w którym stał się Strażnikiem. Ale jej oczy zdradzały coś więcej. Mądrość, której osiemnastoletnia dziewczyna nie ma szans posiąść.
 – To nie śmiertelniczka. – Czwórka towarzyszy spojrzała na niego zdziwiona. Ale zanim dostali jakiekolwiek wyjaśnienia, Jack wyleciał przez otwarte okno. 
 – Piasek, spróbuj znaleźć tą dziewczynę poprzez sny. – powiedział Mikołaj do przyjaciela. Ten skinął głową po czym odleciał. Czas wrócić do pracy.
                                                                                             ~ * ~
 Odleciał jak najdalej od Bazy. Chciał pobyć samemu. Kiedyś pragnął towarzystwa. Czuł się samotny. Ale teraz gdy to wszystko miał, tęsknił za dniami, gdy miał czas dla siebie. By najprościej na świecie się zabawić. Teraz miał obowiązki. Tu zima, tu trochę mrozu. Jakieś dziecko zapomina o zabawie? Jack nadchodzi na ratunek. I pomimo tego, że cieszyło go dawanie szczęścia tym małym szkrabom... Od czasu pokonania Czarnego Pana stawało się ich coraz więcej. Nastolatki... Z nimi było ciężko. Ale nie to co z dorosłymi. Dorośli w ogóle zapomnieli co to zabawa. Nie mają na to czasu! Prychnął na tą myśl. W ogóle nie rozumiał dlaczego dorośli powinni ich interesować? Od kiedy oni stali się ważni? Nie potrafił tego zrozumieć. Może wcześniej żaden dorosły w nich nie wierzył, więc pomarańczowe światełka na Sferze Snów, które oznaczają dorosłych, nie świeciły. A każde z tych światełek dawało Strażnikom moc. 
 Wiatr zawiał mocniej, ciągnąc Jacka w innym kierunku.
 – Nie Wietrze. Nie lecimy tam. –  Jednak Wiatr nie ustępował. Pociągnął chłopaka jeszcze mocniej, a on nie mógł się sprzeciwić. Chociaż stary przyjaciel nigdy wcześniej nie sprzeciwił się jego woli.
 Pozwolił się nieść podmuchom wiatru, aż zrozumiał, że dolecieli się w Polsce. Nie potrafił zrozumieć co tam było takiego, by go ciągnąć, aż tak daleko. Za horyzontem słońce chyliło się ku zachodowi. Ostatnie promyki barwiły niebo na różowo. 

 Jak prowadzony przez niewidzialną dłoń, leciał w stronę Mazur. Doszedł na skraj lasu. Wiatr zawył mocno, jakby chciał krzyczeć "Tutaj!". Białowłosy wzruszył ramionami i wszedł powoli w ciemność.
 Nie długo musiał iść, by zrozumieć dlaczego Wiatr go tu przyprowadził. 
 Pod jednym z licznych drzew leżała dziewczyna o długich blond włosach, które lśniły w blasku księżyca. Miała na sobie lekką, złotą zbroje, a w prawej ręce ściskała biały miecz o perłowym blasku. Wyglądała jakby spała. A może była nieprzytomna? Z pewnością to dziewczyna, którą pokazał im Księżyc. 
                                                                                    ~ * ~
 Gdy odzyskałam przytomność, nie czułam już żadnego bólu. Regeneracja nieśmiertelnych była o wiele szybsza niż ludzi. Powoli otworzyłam ciężkie powieki. Było już ciemno, jednak las rozświetlał łagodny blask Księżyca. Wstałam powoli, rozglądając się. Wyczułam kogoś obecność. Złapałam szybko za miecz, tym razem gotowa na przyjęcie potężnego ataku. Jednak to nie był Mrok. Niedaleko mnie stał chłopak. Białe włosy zdawały się błyszczeć jak świeży śnieg. Błękitne, jak zimowe niebo oczy przyglądały się mi z ciekawością i może lekką obawą. Opuściłam miecz, a chłopak zdawał się odetchnąć. Podszedł do mnie i dopiero wtedy zauważyłam, że w ręce trzyma drewniany kij zakręcony na jednym końcu w coś na kształt litery G. Ubrany był w granatową bluzę, pokrytą cienką warstwą szronu i brązowe spodnie. 
 – Kim jesteś? – zapytał prawie, że szeptem. Kij trzymał mocno.
 –  Nazywam się Lux. –  przedstawiłam się, chowając swój miecz do brązowej pochwy. Nie odwracałam od niego oczu. Po przygodach z Mrokiem, wolałam być czujna.
 –  Lux... –  powiedział i zamyślił się, jakby starał się sobie przypomnieć moje imię. –  Kim jesteś? –  powtórzył pytanie.
  – Nikim ważnym. – odpowiedziałam wymijająco. I miałam już odlecieć, kiedy chłopak powiedział coś, co zmieniło moje dotychczasowe życie.

 – Księżyc cię wybrał. – rzekł cicho. – Wybrał cię na Strażniczkę.
                                        ~ * ~

Pozdrowienia

Marethyux ❄